Wywiady:
20 Listopad 2010, "Sea of Tranquility"
"Wywiad z Vinny'm Appice"
"Sea of Tranquility" niedawno przeprowadziło wywiad ze słynnym perkusistą Vinny'm Appice (Heaven & Hell, Black Sabbath, Dio). Oto fragmenty tego wywiadu:
Sea of Tranquility: Odejście Ronnie'go było ciężkim przeżyciem dla całej społeczności skupionej wokół hard rocka i metalu, prawdopodobnie cięższym niż odejście jakiegokolwiek innego artysty ostatnimi czasy. Wydawał się on być jedną z tych postaci, które nigdy się nie starzeją, uwielbiany przez fanów, przyjaciół i rodzinę, stał się też ambasadorem heavy metalu, który powinien żyć wiecznie, co moim zdaniem uczyniło jego śmierć tak bolesną dla nas wszystkich. Byłeś w bliskich kontaktach z Ronnie'm przez wiele lat. Czy możesz podać nam kilka przemyśleń ze znajomości z nim? Jak sobie radzisz z utratą przyjaciela i członka tego samego zespołu?
Vinny: Spotkałem Ron'a gdy miałem 23 lata. Stał się moim kolegą z zespołu, ale co ważniejsze również bratem, mentorem i najlepszym przyjacielem. Mieliśmy wiele ze sobą wspólnego, przede wszystkim było to pragnienie by grać w "11" każdej nocy i skopać sobie nawzajem tyłki na scenie. Bardzo mi brakuje przebywania z nim, mam poczucie, że wkrótce znów zaczniemy próby i że on tam będzie.
Sea of Tranquility: Przed ogłoszeniem choroby Ronnie'go zespół planował kolejną światową trasę koncertową. Czy były jakieś wstępne przymiarki do następnego albumu po "The Devil You Know"?Sea of Tranquility: Przed ogłoszeniem choroby Ronnie'go zespół planował kolejną światową trasę koncertową. Czy były jakieś wstępne przymiarki do następnego albumu po "The Devil You Know"?
Vinny: Nie, niczego takiego nie było w planach, ale Ronnie nagrał kilka demówek w swoim studio. Tony i Geezer być może też pracowali nad jakimiś pomysłami i riffami. Ale nie miało miejsca żadne oficjalne spotkanie zespołu podczas, którego coś byśmy tworzyli.
Sea of Tranquility: Czy możesz opowiedzieć trochę o tribiute show z Glenn'em Hughes i Jorn'em Lande? Jak to było pracować z tymi dwoma piosenkarzami? Czy jest jakaś szansa, że wasza trójka będzie ze sobą współpracowała w przyszłości?
Vinny: Było bardzo dziwnie przebywać razem w pokoju nagrań bez Ronnie'go. Najpierw graliśmy z Jorn'em, który śpiewał świetnie, jednak wciąż było to dziwne dla nas, zwłaszcza gdy graliśmy "Heaven and Hell"; było ciężko zagrać bez czynienia tego emocjonalnym i jakoś smutnym. Jorn i Glenn byli genialni jak zawsze. Staliśmy się zespołem dla tego show i dla Ron'a i graliśmy dla fanów.
Sea of Tranquility: Mówiąc o przyszłości, co przyszłość gotuje dla Iommi'ego, Butler'a i ciebie jako Heaven & Hell, lub jako jakiejś innej całości?
Vinny: W tej chwili jesteśmy ze sobą w kontakcie, ale żadne plany nie zostały poczynione.
1 Czerwca 2007, "Teraz Rock" - Wiesław Weiss
"Ozzy Osbourne: miłość i nienawiść"
"Demoniczny wykonawca słynnych utworów Black Sabbath, z Paranoid, Iron Man i War Pigs na czele? Czy raczej niezguła w kapciach, jakiego zobaczyliśmy w programie telewizyjnym Osbournes? Kim naprawdę jest Ozzy Osbourne? Wydana właśnie płyta Black Rain stanowi udaną próbę przywrócenia mu dawnego wizerunku."
(Weiss) Black Rain to pierwsza twoja płyta nagrana w domowym studiu. Co skłoniło cię do jego stworzenia?
(Ozzy) Możliwość pracy we własnym studiu to moim zdaniem największy luksus, jaki może mieć muzyk. Dlatego zdecydowałem się zbudować domowe studio. To znaczy, nie ja je budowałem – znalazłem ludzi, którzy je dla mnie stworzyli. I po raz pierwszy mogłem pracować nad płytą bez nerwów, że trzeba uporać się z wszystkim w sześć tygodni, bo w kolejce czeka już ktoś inny. Wiesz, zero pośpiechu. Każdej partii mogliśmy poświęcić tyle czasu, ile tego wymagała. Kiedy masz własne studio, nikt nad tobą nie stoi, nikt cię nie pogania. To dopiero wygoda, mówię ci!
Kto z twoich współpracowników miał największy wkład w Black Rain?
Sporo dał z siebie gość, który nazywa się Kevin Churko. Zakk Wylde jak zawsze zasunął parę niezłych riffów. Ale wszystko wyglądało podobnie do pracy nad innymi płytami. Poza tym, że po raz pierwszy nagrywałem bez żadnego napędu: zero alkoholu, zero narkotyków. Okazało się, że to świetna sprawa. I chyba dzięki temu wyszło tak, jak wyszło.
Gitarzysta Zakk Wylde towarzyszy ci od wielu lat. Co czyni go doskonałym partnerem Ozzy’ego Osbourne’a?
Jest bardziej szalony niż ja. A mówiąc poważnie: to niesłychanie utalentowany człowiek. I gość serio. Nigdy się nie oszczędza: ani kiedy gra, ani kiedy pracuje, ani kiedy pije. W piciu próbowałem mu dorównać, dopóki nie zdałem sobie sprawy, że to mnie zabija.
Czy podczas pracy nad Black Rain słuchałeś swoich starych płyt, szukałeś na nich inspiracji?
Nie. Zresztą tym razem chciałem odejść od tego, czego oczekuje się od Ozzy’ego Osbourne’a, od walniętych kawałków o pieprzonych mordercach i innych takich rzeczach. Na Black Rain napisaliśmy czternaście utworów. Nie wiem jeszcze, czy wydam te, które nie weszły na płytę. Jeden z nich nosi tytuł Love To Hate i mówi o tym, dlaczego ludzie tak bardzo kochają nienawidzić. Byłem z niego bardzo zadowolony, ale moja żona, która była w studiu, stwierdziła, że coś jej przypomina. No i nie umieściliśmy Love To Hate na płycie (utwór można było ściągnąć z iTunes, ale tylko do premiery Black Rain). Dlatego właśnie niczego nie słucham. Strasznie łatwo czymś się zainspirować. Niczego nie słucham, robię swoje – dłubię tak, jak umiem.
W tekstach utworów z Black Rain przewija się wątek armaggedonu, groźby zagłady...
Śpiewam o tym, co dzieje się na świecie. A dzieje się źle. Czasem wydaje mi się, że wszyscy powariowali.
Czy twoje utwory mają zachęcać do refleksji, dlaczego tak się dzieje? Skłaniać do działania, do zmiany świata na lepsze?
Nie. Ja nie jestem politykiem. Kawałki z Black Rain oddają po prostu moje odczucia na temat całej tej sytuacji. Wiesz, ja uwielbiam gapić się w telewizor. Ale nie oglądam wszystkiego, jak leci. Nie znoszę durnych teleturniejów, konkursów, bzdetów tego rodzaju. Lubię kanały, które nadają filmy dokumentalne: kanał historyczny, kanał Discovery. I to, co oglądam, na pewno zostaje we mnie. Co widać w tekstach, które napisałem. Ale w tych kawałkach nie ma słów: Pieprzyć to! One jedynie pokazują, jak ja sam widzę świat. Potwierdzają, że nie jestem głuchy na to, co się dzieje.
Czy kilka lat temu, podczas wspólnego obiadu z George’em Bushem rozmawiałeś z nim o tym, co cię dręczy w otaczającym świecie?
Nie. To było wkrótce po 11 września, kiedy cały świat, ja także, był w szoku po tym, co się stało. Zawsze, kiedy dzieje się coś takiego, człowiek stawia sobie pytanie: co dalej? Boi się o swoje życie. Ale przecież nie może nic zrobić. Nie ma więc o czym gadać. Komuś takiemu jak ja pozostaje jedynie zastanowić się nad własnymi odczuciami, zrobić z tego piosenkę i ją zaśpiewać.
Masz za sobą trudny okres w życiu prywatnym. Miałeś wypadek, walczyłeś z nałogami, twoja żona Sharon zmagała się z rakiem. Czy te doświadczenia zmieniły cię? I czy odcisnęły się jakoś na płycie?
Na płytę nie miały żadnego wpływu. A czy zmieniły mnie, zmieniły moje życie? Stałem się bogatszy. Ironia, nie? To, co przeżywałem, oglądały przecież miliony. A oglądały właśnie dlatego, że życie moje i mojej rodziny, pokazane w programie Osbournes, było jak jazda diabelską kolejką – jeden dzień cudowny, drugi koszmarny. To w okresie kręcenia Osbournes Sharon dowiedziała się, że ma raka. Ja miałem wypadek na quadzie – byłem bliski śmierci, moje serce dwukrotnie przestało bić. A moje dzieciaki zaczęły brać narkotyki. Wiesz, niektórzy pytali: skąd bierzecie pomysły, kto pisze scenariusze? Jakby nie wiedzieli, co to reality show. Sto procent prawdy. Zero scenariusza!
Dobrze się bawiłeś, kręcąc program?
Nie mogłem się w nim odnaleźć – nie czułem tego, nie znoszę występować w telewizji. W przeciwieństwie do mojej żony, która to uwielbia.
Z Sharon łączy cię wielka miłość...
Wiesz, w miłości też zdarzają się wojny.
Na płycie Black Rain znalazły się dwie piękne ballady, Lay Your World On Me i Here For You, dedykowane Sharon...
Nie, nie. To nie są kawałki dedykowane Sharon! Zawsze staram się umieścić na płycie jedną czy dwie ballady. Dla rozmaitości. Bo zwykle oczekuje się ode mnie wrzasku. Stąd Lay Your World On Me i Here For You.
Twoi koledzy z Black Sabbath ruszyli w trasę z Ronniem Jamesem Dio. Co o tym sądzisz?
Z tego, co wiem, grają nie pod nazwą Black Sabbath, a jako Heaven And Hell. Nie potępiam ich. Muszą przecież zarabiać na życie. Black Sabbath to oczywiście niezwykle ważny rozdział w moim życiu. I na razie nie mam zamiaru go zamykać. Naprawdę chciałbym nagrać z Black Sabbath świetną płytę. Ludzie mówią, że nigdy do tego nie dojdzie, bo Ozzy zadziera nosa. Ale to nie tak. Łatwo byłoby nam zebrać kilka piosenek, wejść do studia i je nagrać. Rzecz w tym, aby powstała płyta na miarę naszych dawnych dokonań. Black Sabbath znaczy dla mnie zbyt wiele, bym to przekreślił.
2 kwietnia 2007, Lesław Dutkowski
"Rozmowa z Geezerem Butlerem"
Minęło kilkanaście lat. Ronnie, Tony, Geezer i Vinny znów pracują razem. Tym razem jednak nie chodzi o płytę, a przede wszystkim o koncerty. Chociaż, żeby być w zgodzie z prawdą, trzeba zaznaczyć, że wytwórnia Rhino ma niemałą zasługę w narodzinach supergrupy Heaven And Hell. Wpadła bowiem na pomysł wydania kompilacji Black Sabbath dokumentującej czasy, kiedy w zespole śpiewał Dio, i zdołała przekonać wokalistę i Iommiego, aby skomponowali na krążek "Black Sabbath: The Dio Years" kilka nowych piosenek. Kompozycje powstały, a Ronnie, Tony, Geezer i Vinny ponownie polubili swoje towarzystwo na tyle, aby wyruszyć na światowe tournée. Jako że Black Sabbath oficjalnie nie zakończył żywota, muzycy nazwali przedsięwzięcie tytułem pierwszej płyty nagranej bez Ozzy'ego.
Zanim muzycy wyruszyli na trasę koncertową i na kilka tygodni przed premierą krążka "Black Sabbath: The Dio Years" udało nam się porozmawiać z Geezerem Butlerem, muzykiem legendarnym i przy tym niezwykle skromnym.
(L.Dutkowski) Na początek powiedz mi, jak przebiegają próby przed trasą Heaven And Hell, bo zaczynacie ją dosłownie za kilka dni [tournée rozpoczęło się 11 marca - red.]?
(Geezer) Wszystko idzie naprawdę bardzo dobrze. Utworów, które zagramy podczas koncertów, nie graliśmy od wielu lat, a niektóre będziemy wykonywać na żywo po raz pierwszy. Ale dajemy sobie radę całkiem nieźle. Za kilka dni będziemy już gotowi do występów.
Czy to znaczy, że niektórych piosenek musiałeś się uczyć od nowa?
O tak. Zresztą nie tylko ja. Kilku kompozycji nigdy wcześniej nie wykonywaliśmy na koncertach. Niektórych nie słuchaliśmy przez kilkanaście lat, na przykład pewnych kawałków z albumu "Dehumanizer".
Przypominałeś sobie swoje partie, puszczając płytę?
Właśnie tak to wyglądało. Grałem razem z płytą.
Jak już wiadomo, wszystko zaczęło się od sugestii wytwórni Rhino, aby przygotować kilka nowych numerów na kompilacyjną płytę "Black Sabbath: The Dio Years". Czy od początku popierałeś pomysł koncertów pod nazwą Heaven And Hell? Jak się w to zaangażowałeś?
Na początku Tony spotykał się z Ronniem, aby napisać kilka nowych numerów. Po pewnym czasie Tony zadzwonił do mnie i powiedział, że wszystko przebiega bardzo dobrze. Komponowanie trzech nowych piosenek na wspomnianą płytę kompilacyjną szło im wspaniale. Tony zapytał mnie, czy nie miałbym ochoty pojechać w trasę koncertową, a ja odpowiedziałem, że jestem jak najbardziej za. I tak się zaczęło.
Do tej pory poznałem tylko jedną z tych trzech nowych piosenek, "The Devil Cried". Oprócz niej Tony i Ronnie napisali jeszcze "Shadow Of The Wind" i "Ear In The Wall". Jakbyś opisał te dwie pozostałe?
"Shadow Of The Wind" to znacznie wolniejszy utwór. Mnie kojarzy się z tym, co Black Sabbath tworzył w pierwszej połowie lat 70. "Ear In The Wall" to z kolei dość szybki numer. W tempie zbliżony do "Mob Rules".
Czy to prawda, że Vinnie nagrał te trzy nowe kawałki na zestawie perkusyjnym, który kiedyś należał do Cozy'ego Powella?
Tak, to prawda. Ten zestaw znajduje się w studiu Tony'ego, w którym nagrywaliśmy trzy nowe piosenki. Vinnie musiał przyjechać do Anglii, aby je nagrać i wykorzystał do tego bębny Cozy'ego. Poza tym nie było zbyt wiele czasu na zastanawianie się, bo Vinnie miał na zarejestrowanie swoich partii dosłownie dwa dni.
Jak na razie wszyscy zgodnie podkreślacie, że będzie tylko trasa Heaven And Hell. Ale czy w Waszych rozmowach nie przewinął się wątek kolejnych nagrań studyjnych? Nie rozważaliście opcji zarejestrowania następnych kawałków, jeśli będą ku temu sprzyjające okoliczności?
Na razie nie mamy takiej opcji w naszych planach. Wiele się nauczyliśmy na błędach, które popełniliśmy w przeszłości, i wolimy za wiele nie planować. Teraz całą uwagę poświęcamy trasie koncertowej. Zobaczymy, jak to wszystko wyjdzie.
Powiedz, jaka atmosfera obecnie panuje w zespole? Pamiętam, jak Vinnie mówił po sesji nagraniowej płyty "Dehumanizer", że miał wrażenie, jakby ten Black Sabbath z początku lat 80. nigdy się nie rozpadł. Czy teraz czujecie coś podobnego?
Jesteśmy już starsi i mądrzejsi. Rzeczywiście teraz też jest tak, jak po sesji "Dehumanizer". Sam nie bardzo mogłem uwierzyć, kiedy spotkałem się z Ronniem i Vinniem, że minęło już kilkanaście lat, odkąd po raz ostatni zrobiliśmy coś razem. Odnosiłem wrażenie, że od naszego ostatniego spotkania upłynął co najwyżej rok. Zaczynamy w tym miejscu, w którym skończyliśmy, i w moim odczuciu robimy to we właściwy sposób.
A jak decydowaliście, które kawałki będziecie grać podczas koncertów? Głosowaliście czy nastąpiło to na zasadzie burzy mózgów?
Zrobiłem listę, na której umieściłem 23 kompozycje. Następnie pokazałem ją Tony'emu i Ronniemu. Z niektórymi wyborami się zgadzali, z niektórymi nie. Skończyło się na wybraniu 18 numerów, które wszyscy najbardziej chcemy grać na żywo. Zależało nam na tym, aby podczas występów zaprezentować kawałki z "Heaven And Hell", "Mob Rules", "Dehumanizer" i trzy nowe kompozycje.
Teraz cofnijmy się w czasie. Jak wspominasz sesję nagraniową płyty "Heaven And Hell"? Pracowaliście nad nią w Criteria Studio na Florydzie z Martinem Birchem. Był to pierwszy album Black Sabbath z Ronniem jako wokalistą.
Oj, to było strasznie dawno temu. Niewiele pamiętam [śmiech]. Nowy materiał przygotowywaliśmy w Los Angeles i tam właśnie poznaliśmy Ronniego. Muszę przyznać, że nagrania poszły nam o wiele szybciej, niż myśleliśmy.
Czy w Twoim odczuciu praca z Ronniem była łatwiejsza niż z Ozzym Osbourne'em? Jest bardzo wiele opinii, według których ten pierwszy świetnie sprawdza się w studiu, pisze teksty, aranżuje i doskonale śpiewa, a drugi jest przede wszystkim zwierzęciem koncertowym. Podzielasz je?
Nie chcę wydawać kategorycznych ocen. Mogę jedynie powiedzieć, że w tamtych czasach, w drugiej połowie lat 70., Ozzy przechodził naprawdę ciężkie chwile. W związku z tym zrobienie czegokolwiek zabierało mu mnóstwo czasu. Ja napisałem za niego wiele tekstów. Ale to i tak nie załatwiało sprawy, bo potem Ozzy jeszcze musiał podjąć decyzję, czy będzie je śpiewał czy nie. To był dla zespołu bardzo trudny czas. Na miejsce Ozzy'ego pojawił się Ronnie, który miał zupełnie inne podejście do pracy. Ten facet był po prostu pełen entuzjazmu. Sam pisał teksty, angażował się w aranżowanie numerów. Z nim wszystko robiliśmy o wiele szybciej.
Musiałeś się bardzo dobrze poczuć w nowych okolicznościach, bo zawsze podkreślałeś, że uwielbiasz pracować bardzo szybko.
To prawda. Cenię przede wszystkim spontaniczność tworzenia. Moim zdaniem nie osiągniesz tak dobrego rezultatu, pracując nad czymś miesiącami, bo wtedy starasz się zmusić do tego, żeby coś skomponować. Najlepsze dzieła starego Black Sabbath oraz zespołu, w którym grali ci, którzy obecnie posługują się nazwą Heaven And Hell, to te, które powstały bardzo szybko, w przypływie wielkiego entuzjazmu połączonego ze spontanicznością i magią, jaka panowała między muzykami. Z pewnością rezultat byłby inny, gdybyśmy siedzieli przed dwa tygodnie w sali prób, starając się coś napisać.
Album "Heaven And Hell" osiągnął całkiem niezły wynik komercyjny, a jeszcze lepiej przyjęto Black Sabbath na koncertach. Fani dość szybko zaakceptowali Ronniego jako następcę Ozzy'ego. Po trasie koncertowej udaliście się do studia Record Plant w Kalifornii, aby nagrać album "Mob Rules". Wtedy był już z Wami Vinnie Appice. Czy po dobrych wynikach płyty "Heaven And Hell" i trasy koncertowej pracowało Wam się łatwiej?
Można tak powiedzieć. Na pewno zyskaliśmy więcej pewności siebie. Początkowo, jak zresztą można się było spodziewać, wszyscy porównywali Ronniego do Ozzy'ego. Mało tego, zanim płyta "Heaven And Hell" została nagrana, wielu mówiło, że to już koniec Black Sabbath. Po wydaniu albumu okazało się, że był on dla większości bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Także dla wytwórni, która znacznie mocniej nas wspierała przed nagraniem krążka "Mob Rules". O wiele łatwiej było nam później zorganizować trasę koncertową. Praca w studiu przebiegała w bardzo dobrej atmosferze. Nagrywaliśmy już z Vinniem, który dołączył do zespołu na trasie promującej "Heaven And Hell", kiedy odszedł od nas Bill Ward. Było naturalne, że wybraliśmy właśnie jego do pracy nad "Mob Rules".
Geezer, to właśnie Ty wymyśliłeś nazwę Black Sabbath. Twojego autorstwa jest również wiele nieśmiertelnych kompozycji zespołu, jak "Paranoid", "Children Of The Grave", "War Pigs", "Iron Man", "Fairies Wear Boots", by wymienić tylko kilka. Mam jednak wrażenie, że nigdy wystarczająco nie doceniano Twoich zasług. Czy czułeś się z tego powodu rozczarowany, czy też nie miało to dla Ciebie znaczenia, skoro zespół był doceniany przez fanów?
Black Sabbath zawsze był zespołem demokratycznym. Nie miało większego znaczenia, kto tak naprawdę wymyślił daną kompozycję. Tony jest przecież autorem wielu wspaniałych riffów. Nigdy nie było między nami kłótni o to, kto powinien być bardziej doceniany za swoją pracę. Firmowaliśmy wszystkie nasze dzieła nazwą zespołu. W oryginalnym składzie Black Sabbath było czterech muzyków i każdy z nich wniósł wielki wkład w niepowtarzalne brzmienie tego zespołu. Inspirowaliśmy się wzajemnie i dzięki temu stworzyliśmy wiele kompozycji. Nie było potrzeby ani sensu w przyznawaniu komuś wyjątkowych zasług. Jestem naprawdę szczęśliwy, że właśnie tak to u nas zawsze wyglądało i że nikt nie rościł sobie specjalnych praw do czegokolwiek.
Twoja gra na basie to nie tylko partie rytmiczne. W wielu utworach grasz solówki na swoim instrumencie. Wiem, że bardzo podziwiasz Jacka Bruce'a. Czy to pod jego wpływem postanowiłeś traktować bas bardziej jako instrument solowy?
Tak. W ogóle postanowiłem postawić na granie na basie po tym, jak zobaczyłem koncert Cream i to, co wyrabiał Jack. Wcześniej nie myślałem o tym na poważnie. Ale Jack otworzył mi oczy na zupełnie inne podejście do gitary basowej. Stał się moim bohaterem, a gra na basie moim marzeniem.
Grywałeś również na pięcio- i sześciostrunowych basach?
Tak. Większość płyty "Dehumanizer" nagrałem na pięciostrunowym basie.
Swój instrument zacząłeś stroić bardzo nisko już na samym początku istnienia Black Sabbath. Czemu się na to zdecydowałeś?
Tony zaczął stroić niżej swoją gitarę znacznie wcześniej ode mnie, a miało to związek z urazem palców, którego kiedyś doznał. Stroił gitarę o kilka półtonów niżej. Dzięki temu łatwiej było mu wydobywać niektóre dźwięki. A skoro Tony stroił niżej, ja poszedłem w ślad za nim.
Black Sabbath od samego początku nie był pupilem krytyków. Ale po wielu latach okazało się, że formacja jest jednym z najbardziej inspirujących zespołów dla całej rzeszy wykonawców. Teraz Black Sabbath jest w Rock And Roll Hall Of Fame, British Hall Of Fame, a liczba zespołów, które się na Was powołują, jest niezliczona. Wygląda na to, że warto było robić swoje i nie oglądać się na innych?
Hmmmm... Patrząc na to teraz, na pewno można tak powiedzieć. Na początku w ogóle jednak nie myśleliśmy o tym, jak daleko możemy zajść. Najpierw zależało nam na tym, aby wrócić do domu i pokazać naszym rodzicom, że udało nam się nagrać płytę. O sukcesie żaden z nas wtedy nie śmiał marzyć. Gdy wydaliśmy pierwszy album, krytycy od razu nas znienawidzili, a publiczność pokochała. I tak miało być przez długie lata. Mainstreamowe magazyny zawsze nas obsmarowywały, zaś liczba osób na naszych koncertach rosła coraz bardziej. Najpierw zbudowaliśmy bazę fanów, koncertując po całej Anglii, a potem przyszedł czas na Amerykę i okazało się, że tam jest podobnie - krytycy nas nienawidzą, fani uwielbiają.
Muszę zapytać Cię o prawdopodobieństwo nagrania nowej płyty Black Sabbath, bo fani by mi tego nie wybaczyli. Jest na to szansa? Jakiś czas temu pracowaliście nad nowymi kawałkami z Rickiem Rubinem, ale sesja została przerwana...
Powiem, że z mojego punktu widzenia jest to jak najbardziej możliwe. Na razie jednak koncentruję się wyłącznie na graniu w Heaven And Hell. Jeśli w przyszłości uda nam się coś nagrać i wydać, to wspaniale. Nie będziemy jednak tego robić tylko dlatego, żeby zarobić pieniądze. Zrobimy to wyłącznie wtedy, jeśli wszyscy dojdziemy do wniosku, że napisaliśmy naprawdę dobrą muzykę, którą warto podzielić się z ludźmi.
Geezer, wiem, że od jakiegoś czasu pracujesz nad książką. Czy to będzie autobiografia?
Można ją nazwać autobiografią, ale książka będzie dotyczyć tylko okresu, kiedy dorastałem w Birmingham. Nie będzie w niej za wiele o zespole. Raczej o tym, w jakich warunkach przyszło mi dorastać, w środowisku klasy robotniczej tego miasta, bo właśnie z takiego się wywodzę.
Jak dużo już napisałeś?
Ze trzy słowa [śmiech]. Wiesz, z moim pisaniem jest trochę tak, jak z tym, co widać w filmach o pisarzach. Zaczynam, coś tam napiszę, nie podoba mi się to i wszystko ląduje w koszu. I później muszę zaczynać od początku. Wydawało mi się, że jeśli będę miał na przykład z tydzień wolnego, wszystko pójdzie mi łatwo. Bardzo się myliłem. Może kiedy przejdę na emeryturę, to ją skończę [śmiech].
W muzyce zakochałeś się dawno temu, zaś nie tak dawno zapałałeś miłością do fotografii. Jak rozwija się ta miłość?
Bardzo polubiłem aparaty cyfrowe. Kiedy miałem czas wolny, sporo podróżowałem po Ameryce i robiłem zdjęcia. Szczególnie zafascynowały mnie opuszczone miasta. Zrobiłem w nich sporo zdjęć.
Była muzyka, fotografia, ale jest jeszcze trzecia miłość Geezera Butlera, czyli Aston Villa. Twój ukochany klub dobrze zaczął sezon, ale teraz nie idzie mu już tak dobrze w Premiership i są w środku tabeli. Co się stało?
Wydaje mi się, że do lepszych wyników potrzeba więcej doświadczonych zawodników. Ci, którzy grają teraz, są w większości dość młodzi. Sporo jest reprezentantów młodzieżówki, a oni chyba nie mają wystarczająco dużo energii i sił.
Ale może to świadomy zabieg trenera Martina O'Neila, który za dwa, trzy lata będzie miał spory pożytek z tych młodych chłopaków?
Wydaje mi się, że właśnie o to mu chodzi. Poza tym to świetny trener. W tej chwili chyba jeden z najlepszych na Wyspach. Na korzyść Aston Villi przemawia też to, że właściciele klubu zdają się mieć właściwe podejście i nie reagują zbyt nerwowo.
Jak taki maniakalny kibic jak Ty wytrzyma bez meczów podczas trasy koncertowej?
Mam wielką nadzieję, że w hotelach, w których będziemy mieszkać, będą mieli kanał Fox Soccer.
Twoja ostatnia solowa płyta "Ohmwork" wyszła w 2005 roku. Wiem jednak, że masz przygotowanych około 50 utworów, z których część to kompozycje jazzowe, jazzrockowe. Masz już pomysł, co z nimi zrobić? Może stworzysz profil w serwisie MySpace i tam je zamieścisz?
Tak naprawdę, to jeszcze nie podjąłem decyzji, co z nimi zrobić. Prawdopodobnie trochę kawałków zamieszczę po prostu ma mojej stronie internetowej. Będą to raczej jakieś bardzo stare numery sprzed lat. Chcę sprostować, że nie mam 50 gotowych utworów. Część z nich to kompozycje niedokończone. Muszę znaleźć wolny czas, aby jeszcze nad nimi popracować.
Twoja kariera trwa już bardzo długo i jest wypełniona wieloma sukcesami. Jest może taki okres, z którego jesteś szczególnie dumny, z którego masz najmilsze wspomnienia?
Cóż, najmocniejszy ślad w pamięci muzyka zostawia chyba praca nad pierwszą płytą. Tak jest przynajmniej w moim przypadku. Zanim ukazał się album "Black Sabbath", przeżywałem ciężkie chwile. Bałem się, że mogę skończyć, wykonując jakąś pracę bez perspektyw. Moi rodzice wcale nie byli zachwyceni tym, że chcę grać w zespole i było z tego powodu sporo kłótni. Każdy z nas chciał żyć z muzyki. Nawet nie masz pojęcia, jak wielu ludzi wyśmiewało się z nas z tego powodu. Kiedy już trafiliśmy do studia, postanowiliśmy zrobić wszystko, aby pokazać naszym rodzicom i wszystkim niedowiarkom, że dopniemy swego.
Jesteś wielkim fanem horrorów. Zresztą z jednego z nich zaczerpnąłeś nazwę Black Sabbath. Co sądzisz o filmach z tego gatunku powstałych w ostatnich kilku latach?
Według mnie nie było za wiele dobrych produkcji. Powstało sporo obrazów, w których odbiera się ludziom wszystko, co tylko można sobie wyobrazić, z mnóstwem krwi. Nie przepadam za tego typu filmami. Wolę raczej opowieści, w których pojawiają się duchy albo jakieś tajemnicze, przerażające postacie. Takie bardziej klasyczne horrory. O wiele bardziej podobają mi się produkcje japońskie niż amerykańskie czy angielskie.
Nasz czas się kończy. Zostawiam Ci ostanie słowo do polskich fanów.
Zagramy u Was w dwa razy czerwcu i nie możemy się doczekać tych występów. Mam nadzieję, że przyjdzie Was więcej niż wtedy, gdy grałem w Polsce ostatnim razem [śmiech].
Bardzo dziękuję Ci za rozmowę.
14 Grudnia 2005, "Guitar World"
"Tony Iommi - The Eternal Idol"
Tony Iommi, założyciel i gitarzysta heavymetalowego zespołu Black Sabbath. Sam stał się już niemal ikoną tego gatunku. Guitar World zaprosił Iommi'ego by ten opowiedział nam o kilku faktach z początków kariery muzycznej.
(Guitar World) Kto zainspirował cię do gry na gitarze?
(Tony) Tak właściwie to chciałem grać na perkusji, jednak nie dostałem pozwolenia na to aby grać na niej w domu bo była zbyt głośna. Po tym wydarzeniu, bardzo zafascynowałem się gra na gitarze, prawdopodobnie widząc stare rockowe zespołu angielskie, między innymi The Shadows. Tak naprawdę to oni zainspirowali mnie do gry na tym wspaniałym instrumencie.
Ile miałeś lat gdy zacząłeś grać?
Prawdopodobnie miałem okołu dwunastu lat. Wcześniej grałem na akordeonie. Wszyscy w mojej rodzinie grali na tym instrumencie wiec i ja potrafiłem. W tamtych czasach po prostu siadałeś w pokoju i nie było nic do roboty, wiec nauczyłem się grać. Później przerzuciłem się na inne instrumenty, w końcu też na gitarę.
Czy trudno było znaleźć leworęczną gitarę?
Wielkim wyzwaniem było znalezienie w ogóle innej gitary, nie tylko leworęcznej. W Anglii jedyne jakie można było znaleźć były bardzo tanie. Jeśli chciałeś leworęczną, trzeba było zamówić ją z katalogu i poczekać trzy miesiące. PO paru latach grania byłem bardzo zadowolony ze swojego Fender'a Stratocastera.
To niesamowite, że przez tragiczny wypadek przez który obniżyłeś strój gitary, wydobyłeś dźwięk gitary zwany dziś heavymetalem!
Zawsze wszystko robiłem tak aby było dla mnie wygodne. Nie mogłem grać mocno na początku bowiem moje palce były bardzo wrażliwe. Jeśli moje nakładki plastikowe spadłby, co raz się wydarzyło, krew byłaby wszędzie. Musiałem zrobić tak abym był w stanie grać. Obniżyłem strój i było lepiej.
Czyli obniżenie tonu ułatwiło tez śpiew Ozzy'emu?
Obniżenie stroju wymagało od Ozzy'ego śpiewu wyżej, więc czy to takie ułatwienie? Nagle odkrył też, że może śpiewać bardzo wysokie tony.
Jak to sięstało, że zostałeś członkiem Jethro Tull?
Byłem z chłopakami w zespole, jeszcze przed przyjęciem nazwy Black Sabbath. Graliśmy jako support dla Jethro Tull właśnie. Po koncercie zapytali mnie, czy chciałbym dołączyć do zespołu. Byłem w szoku. Głupio się czułem opuszczając chłopaków wiec zapytałem ich co o tym sądzą. Powiedzieli mi abym dołączył do JT. Następnego dnia odezwałem się do nich, oni zaprosili mnie na przesłuchanie. Pierwszy raz widziałem tylu gitarzystów. Powiedzieli mi abym poszedł do kawiarni i się napił a oni przyjdą i posłuchają jak gram. Przyszli, podobało im się i przyłączyli mnie do bandu.
29 Września 2005, "Teraz Rock" - Paweł Brzykcy
"Dio: Tęcza w ciemności"
Ronnie James Dio wraz ze swym zespołem wystąpi w październiku w warszawskiej Stodole. Ten długo oczekiwany koncert nie był jedynym tematem mojej rozmowy z legendarnym wokalistą – Ronnie opowiedział nam między innymi o tym, kto szyfrował tytuły utworów Black Sabbath, o przepowiedniach zawartych w jego tekstach i o roli, jaką w muzyce odgrywa cisza...
Pięć lat temu wystąpiłeś w Katowicach jako gość Deep Purple. Jak wspominasz ten występ?
Mam same dobre wspomnienia! Po pierwsze – zawsze chciałem przyjechać do Polski, i to się wtedy spełniło, a po drugie – przyjęcie, jakie zgotowali mi fani, było fantastyczne. Gdybym wtedy mógł, zaśpiewałbym więcej piosenek. Dlatego tym bardziej się cieszę, że będę mógł wystąpić w Warszawie i zagrać długi, pełnowymiarowy koncert z zespołem Dio.
Czy oprócz utworów twojej własnej grupy możemy spodziewać się także kompozycji innych słynnych zespołów, w których występowałeś – Rainbow i Black Sabbath?
Tak. Zawsze gramy coś z repertuaru Rainbow i Black Sabbath. Myślę, że jest to ważne i dla publiczności, i dla mnie – lata spędzone w tych zespołach i możliwość współtworzenia ich dorobku to przecież część mojego życia. Najczęściej wykonujemy Heaven And Hell Black Sabbath i Man On The Silver Mountain Rainbow.
W dyskografii grupy Dio można wyodrębnić kilka rozdziałów. Po klasycznych albumach Holy Diver, The Last In Line i Sacred Heart nagrałeś trochę bardziej elektroniczny Dream Evil, a potem nastąpiła zmiana stylu, której owocem były cięższe, wolniejsze albumy Lock Up The Wolves, Strange Highways, Angry Machines. Czy było to podyktowane zmianami składu grupy, czy też chciałeś odciąć się od brzmienia z lat osiemdziesiątych?
Myślę, że związane było to przede wszystkim z ludźmi, z którymi grałem. Zaczynaliśmy w składzie z Vivianem Campbellem, Jimmym Bainem i Vinniem Appice’em. Każdy z nich wprowadzał jakieś swoje pomysły. A kolejni muzycy w grupie mieli do zaoferowania coś nowego. Najbardziej istotne były tu zmiany gitarzystów, bo większość utworów komponuję właśnie z gitarzystą, który występuje w zespole. Płyty Strange Highways i Angry Machines zdecydowanie różnią się od pierwszych albumów, bo grający na nich Tracy G. to zupełnie inny typ gitarzysty niż Vivian Campbell.
Ale na płytach Magica i Killing The Dragon powróciłeś do stylistyki z tamtych klasycznych albumów.
Wiesz, płyty które nagraliśmy po Dream Evil są jednak trochę dziwne. Lubię je, ale... Po jakimś czasie zarówno ja, jak i pozostali muzycy w zespole zaczęliśmy coraz bardziej zdawać sobie sprawę z tego, że mijamy się z oczekiwaniami fanów. Pomyślałem, że tak nie może być dalej – przecież właśnie dla fanów nagrywamy albumy, dajmy więc ludziom to, czego od zespołu Dio oczekują. A zatem w tekstach z płyty Magica pojawiła się ponownie fantastyka i tak dalej.
Masz już może jakieś nowy materiał, przygotowany z myślą o kolejnej płycie studyjnej? Czy będzie to kontynuacja ostatniego albumu, Master Of The Moon, czy też może coś zupełnie zaskakującego?
Na razie nie mamy żadnego nowego materiału. Zawsze koncentruję się na tym, co akurat robię – teraz gramy dużo koncertów, a ja nie lubię i nie umiem pisać będąc w trasie. Plan jest taki, żeby nagrać płyty Magica 2 i Magica 3. Ale to jest duże przedsięwzięcie, wymagające sześciu-siedmiu miesięcy intensywnej pracy w studiu, bez koncertowania. Zobaczymy, czy terminy na to pozwolą. Jeśli nie – to kolejny album będzie swego rodzaju kontynuacją Master Of The Moon. Naprawdę jestem dumny z tego albumu, uważam że jest świetny. Różnica może będzie taka, że chciałbym nagrać więcej szybkich numerów – na ostatniej płycie przeważały bowiem utwory utrzymane w średnim tempie.
Teksty science fiction czy fantasy stanowią dobrą odskocznię od rzeczywistości. Ale kiedy ktoś jest smutny, sięga raczej po utwory, które dodają otuchy – myślę o rzeczach takich jak This Is Your Life czy Rainbow In The Dark. Jakie teksty są trudniejsze do napisania?
To zależy, w jakiego rodzaju tekście mogę akurat lepiej wyrazić to, co czuję. This Is Your Life napisałem, kiedy kilka osób z mojego otoczenia wpadło w duże kłopoty. Chciałem im jakoś pomóc, powiedzieć: to twoje życie, nie trać kontroli, panuj nad nim. Sytuacja nie dotyczyła bezpośrednio mnie, więc napisanie utworu było łatwe. Z Rainbow In The Dark jest zupełnie inaczej, to bardzo osobista piosenka. Zaczynałem nagrywanie pierwszego albumu pod własnym nazwiskiem, utwór mówi o tym, co w tym przełomowym momencie czułem. Uważam, że każdy temat na tekst jest dobry, o ile przy jego pomocy można pobudzić wyobraźnię słuchacza. Zawsze staram się nie poprzestawać na jednoznacznych stwierdzeniach typu „czarne jest czarne”. Wolę zawsze zapytać: a może są sytuacje, gdy czarne znaczy białe i odwrotnie?
Dlaczego na okładkach twoich płyt przestał pojawiać się Murray – maskotka znana z kopert albumów z lat osiemdziesiątych?
Ponieważ myślę, że gdy eksploatuje się jakiś pomysł zbyt długo, traci on siłę wyrazu. Dobrym przykładem jest Eddie z Iron Maiden. Zespół umieścił go już w tylu różnych, czasem humorystycznych kontekstach, że postać ta spowszedniała. Nie chciałem dopuścić do takiej sytuacji – moim zdaniem okładki tamtych wczesnych albumów Dio mają w sobie pewną niesamowitość. Dlatego najlepsze, co mogliśmy zrobić z Murrayem, to dać mu spokój.
1 Stycznia 2005, Cameron Edney
"Vinny Appice"
Vinny Appice to jeden z najbardziej szanowanych i cenionych perkusistów Hard Rockowych oraz Heavymetalowych. Vinny współpracował z Ozzym Osbournem, Ronnie James'em Dio oraz Johnem Lennonem a także występował i nagrywał razem z zespołami Black Sabbath, Dio, Lana Lane. dziś przeprowadzimy z nim wywiad, pytając o czasy dzieciństwa jak i te późniejsze.
Zacząłeś grać na perkusji już w wieku 9 lat. Nauki pobierałeś u tego samego nauczyciela co twój brat Carmine. Jak długo trwały te lekcje?
(Viny) Na lekcje uczęszczałem trzy lata. Moim nauczycielem był Dick Benette.
Dorastanie w domu z dwoma perkusistami musiało być szalone? Obstawiam, że ty i Carmine nie byliście ulubieńcami sąsiadów?
jestem 11 lat młodszy od mojego brata, więc kiedy ja zaczynałem naukę, jego nie było już w domu. Sąsiedzi nie mieli nic przeciwko, naszej grze.
Jaki był twój pierwszy własny zestaw perkusyjny?
Pierwszy to jakiś stary Gretch po bracie. A mój pierwszy kupiony to Ludwig.
Zawsze chciałeś zostać perkusistą?
Tak, myślałem, że będzie dużo zabawy.
Czy w waszej rodzinie są jeszcze jacyś perkusiści oprócz ciebie i brata?
Dwóch kuzynów także grało na perkusji, ale zmądrzeli i podjęli normalną prace.
Pamiętasz swój pierwszy występ? Jeśli tak opowiedz o nim.
Pamiętam, że był to 17 marzec... 197..któregoś roku. Odbywała się potańcówka w kościele. Nasz zespół nazywał się Mully Graves.
Kto inspirował Cię do gry?
Buddy Rich, Carmine, John Bonham oraz Billy Cobham.
Występowałaś z wieloma wspaniałymi gwiazdami. Czy współpraca z nimi dodała Ci czegoś?
Oczywiście, doświadczenie, które jest bardzo ważne.
W twojej opinii jak istotne jest stwierdzenie aby perkusista podążał za sercem, marzeniami i aspiracjami?
Muzycznie bardzo! Dodał bym jednak jeszcze jedno: niech podąża za portfelem. Bądźmy szczerzy, jest wielu, którzy coś obiecują a później nic z tego nie wynika. Opublikujcie to!
Robisz coś specjalnego aby rozgrzać się przed występem?
Siedzę z jedna nogą założoną na drugą i wygrywam sobie rytm na gumowej części buta.
O czym myślisz gdy jesteś już na scenie?
Co się stanie po występie? Gdzie ja jestem? Ta piosenka jest do bani! Te ekrany są straszne!
Czytałem gdzieś, że w wieku 16 lat miałeś okazje współpracować z Johnem Lennonem. Możesz opisać dokładniej całą sytuację?
Miałem 16 lat, mój zespół nagrywał w The Record Plant Studios w Nowym Jorku. John także tam nagrywał, podszedł do nas razem z Yoko gdy ćwiczyliśmy, zapytał czy nie chcielibyśmy wystąpić z nim podczas koncertu na żywo w TV. Oczywiście się zgodziliśmy, to było wspaniałe doświadczenie.
Pracowałeś z wieloma wspaniałymi muzykami. Od którego nauczyłeś się najwięcej?
Od Black Sabbath nauczyłem się jak gra się ogromne koncerty oraz jak wygląda praca samego zespołu. Dużo nauczył mnie także Rick Derringer.
Najczęściej grałeś jednak z The Hollywood All-stars. Wspólnie z Carlosem Cavazo oraz Jeffem Pilsonem. Jak ten projekt rozpoczął swoją działalność i czy mieliście jakieś wcześniejsze plany dotyczące australijskiej trasy?
Zrobiliśmy wspólny koncert dla ofiar pożaru. Następnie dostaliśmy parę ofert, wiec postanowiliśmy kontynuować zabawę. Żadnych wcześniejszych planów.
Jesteś widziany jako perkusista metalowy ale grałeś także z Lana Lane, która metalową artystką nie jest?
Lana oraz Erik Norlander to moi dobrzy znajomi. Zapytali wiec się zgodziłem.
Na przełomie 1985/86 zespół Dio koncertował w Australii. Czy pamiętasz jakieś zabawne historie?
Nagie panienki na basenie.
W swojej karierze miałeś już tyle wspaniałych przygód, z wieloma gwiazdami. Co uważasz za największe osiągnięcie?
Gra w oryginalnym składzie Sabbath z Ozzym. To było coś!
Na pewno są fani, którzy wyczekują jakiejś nowinki o której jeszcze nie słyszeli, czy możesz powiedzieć jakąś?
Gram na banjo!
Jakich zespołów słuchasz teraz?
P.O.D., Puddle of Mudd, Velvet Revolver, Audioslave, Linkin Park.
Jakie było najtrudniejsze pytanie zadane od fana?
Czy mam odciski na dupie przez to, ze tyle siedzę.
Ze wszystkich albumów, które nagrałeś w przeszłości, którego lubisz słuchać najbardziej?
Holy Diver i Dehumanizer.
Jakieś plany na rok 2005?
Nowy zespół wraz z Jimmym Bain'em, "3 Legged Dogg". Na jesieni powinniśmy coś nagrać.
Oceń, pierwszą myślą, która Ci przyjdzie do głowy, wybrane przez nas utwory Black Sabbath i Dio, które nagrałeś.
Hungry for heaven: do bani
Holy diver: spoko
Mystery: do bani
Rock n roll children: do bani
Mob rules: wymiata
T.V. crimes: kocham to
Computer god: spoko!
Myślę, że to byłoby wszystko. dzięki jeszcze raz, za poswięcenie swojego czasu naszym czytelnikom. Chciałbym coś dodać na koniec?
Miłego słuchania!
22 Grudnia 2004, "Metal Hammer"
"Tony Iommi i Glenn Hughes"
"1996 DEP Sessions" to tytuł nowej solowej płyty Tony’ego Iommi’ego – gitarzysty Black Sabbath. Choć album tylko pozornie jest nowy – płyta powstała w 1996 roku i od tamtej pory czekała na wydanie (gwoli ciekawostki – nagrania od dawna krążyły wśród fanów w formie bootlegu). Wokalnie na płycie udziela się Glenn Hughes; ci którzy znają historię Black Sabbath wiedzą, że obaj panowie współpracowali już wcześniej – na wydanym w 1986 roku albumie "Seventh Star"… Przed wami: Iommi i Hughes."
(Metal Hammer) Dlaczego "1996 DEP Sessions" leżały nie wydane aż do teraz?
Tony: Wiesz, nagraliśmy ten materiał i nie za bardzo wiedzieliśmy, jak go spożytkować. Ale kiedy po pewnym czasie wróciliśmy do niego stwierdziliśmy, że jest to całkiem niezłe i zadaliśmy sobie pytanie: dlaczego tego nie wydać teraz?
Glenn: Właściwie nie wiem jak to się stało, że pod koniec lat dziewięćdziesiątych nie wydaliśmy jej. W każdym razie teraz z dumą oddajemy ją w ręce słuchaczy.
Czy planowaliście podczas nagrywania, że będzie to album Black Sabbath?
Tony: Nie, nie zamierzaliśmy stworzyć tego albumu dla Black Sabbath. Miałem potrzebę stworzenia czegoś w zaciszu domowym, Glenn przyjechał do mnie i tak pisaliśmy razem.
Glenn: Nie chcieliśmy podporządkowywać tego żadnemu projektowi, po prostu siedzieliśmy u Tony’ego i pisaliśmy dla siebie. Nie, nie planowaliśmy stworzenia albumu Black Sabbath…
Czy podczas nagrywania satysfakcjonowało was to, co robiliście? I jak wam wychodziło wspólne tworzenie piosenek?
Glenn: Piosenki napisaliśmy w przeciągu dwóch tygodni w sierpniu 1996. Był to naprawdę wspaniały czas – zawsze, gdy spotykamy się z Tony’m rzeczy dzieją się niewyobrażalnie szybko. Można by nas wtedy nazwać "maszynami do pisania"… Tony: Tak naprawdę zacząłem wtedy pracować z Donem Airey’em. Tworzyliśmy dużo materiału jazzowego, fajne rzeczy. I właśnie wtedy Glenn przybył do Anglii – już nie pamiętam jak to się stało, że wtedy się spotkaliśmy… Ale dołączył do nas, dalej się świetnie bawiliśmy, więc Glenn zaczął pisać i został z nami.
Styl, jaki reprezentuje "The 1996 DEP Sessions" możemy nazwać rockiem przechodzącym w blues… Czy wynikało to z naturalnego połączenia stylu Deep Purple z czasów twojej, Glenn, współpracy z nimi oraz twojej solowej kariery z tego okresu z wczesną twórczością Black Sabbath kiedy to byli zespołem o bluesowych korzeniach znanym jako Earth oraz oddziaływaniem Tony’ego?
Tony: Oczywiście, to była świetna zabawa, strasznie nas to wciągnęło. Działo się to po zjednoczeniu Black Sabbath, więc było pewnego rodzaju odskocznią.
Glenn: To był specyficzny czas – wpadaliśmy na różnego rodzaju pomysły gdy spotykaliśmy się razem. To było połączenie klasycznego melodyjnego rocka z bardzo mocnymi riffami. Różnię się wokalnie od Ozzy’ego czy Dio – od używania bardzo agresywnego głosu wolę zaśpiewać lżej, bardziej "z duszą". Więc generalnie uważam nasz projekt za bardzo melodyjny album – melodyjny album Tony’ego i Glenna.
Czy Don Airey i Geoff Nicholls od razu przyszli wam na myśl w związku z doborem klawiszowców? Co możecie powiedzieć o ich wkładzie w tworzenie tego projektu?
Tony: Jak już wspomniałem z Donem pracowałem wcześniej – bawiliśmy się w takie utwory bluesowo-jazzowe. Kiedy pojawił się Glenn trochę zmieniliśmy kierunek tworzenia. Ta nowa wizja nie wymagała dużego udziału klawiszy, dlatego Geoff Nicholls zagrał tylko w jednej lub dwóch piosenkach…
Glenn: Don był dla mnie wymarzonym klawiszowcem w tych utworach. Ten przyjaciel Tony’ego świetnie sprawdza się w klasycznym roku, gdzie potrzeba odrobinę dźwięku pianina. Geoff Nicholls był potrzebny do takich partii bardziej orkiestrowych, nieco odmiennych. Obaj dodali bardzo dużo z siebie do naszego projektu.
Wiemy, że od czasu albumu "Seventh Star", czyli od 10 lat pozostawaliście w kontakcie. Czy przez te lata udało wam się stworzyć coś razem, choćby malutki utworek?
Glenn: Tak naprawdę to nie widzieliśmy się spory kawał czasu. Od momentu nagrywania "Seventh Star" aż do roku 1995, kiedy to razem uczestniczyliśmy w rozdaniu nagród muzycznych. Siedziałem koło Ozzy’ego i Sharon kiedy nadszedł Tony i zaczęliśmy rozmawiać o wspólnym stworzeniu czegoś. Rok później zabraliśmy się za to, co nosi nazwę "DEP Sessions". Tony jest moim przyjacielem i za każdym razem gdy się spotykamy dzieją się istotne rzeczy.
Tony: Glenn grał w Birmingham w Anglii i zaprosił mnie do gościnnego udziału – chciał żebym zagrał jedną z piosenek z "Seventh Star". Glenn to naprawdę świetny człowiek. Zawsze taki był, ale teraz, kiedy uporządkował swoje prywatne życie jest fantastyczny, i to nie tylko jako wokalista… Jest bardzo wesoły, szczęśliwy.
"Seventh Star" to album dopieszczony, ze współczesnym brzmieniem; wciąż zbiera wiele opinii w których mowa, że był niedoceniany. Wszyscy słyszeliśmy o tym, że firma płytowa nalegała, aby wydać go pod szyldem "Black Sabbath i Tony Iommi". Czy ta afera zaszkodziła odbiorowi płyty? Jak oceniasz ten album w porównaniu z innym muzycznym kierunkiem obranym na "The 1996 DEP Sessions"?
Tony: Tak, używanie nazwy Black Sabbath w tym wypadku to byłaby pomyłka. Materiał nie był napisany dla zespołu, tylko jako projekt solowy. Kiedy pojawił się Glenn, wokalami nadał temu jeszcze inny wymiar i na pewno nie mogło to być sklasyfikowane jako album Black Sabbath…
Glenn: Tony i ja byliśmy bardzo podekscytowani nagrywaniem… Ale było to solowe dokonanie Tony’ego Iommi’ego, i tylko jego. Tony chciał mieć na tej płycie trzech wokalistów – z tego co pamiętam brał pod uwagę Roba Halforda, może Dio… Ale gdy zacząłem śpiewać Tony chyba polubił mój styl i kontynuowaliśmy już pisanie wspólnie, w dosyć szybkim tempie… Uważam, że "Seventh Star" to naprawdę dobra płyta. I jedynym problemem dla mnie, jak i dla Tony’ego był fakt, że koniecznie chciano to wydać pod szyldem Black Sabbath, a przecież to naprawdę nie było coś zrobionego przez Black Sabbath. Jeśli chcielibyśmy wówczas nagrać płytę Black Sabbath na pewno brzmiałaby ona inaczej.
Czy z pracy nad "The DEP Sessions" pozostały jakieś niewykorzystane pomysły, które powróciły na albumie "Iommi" z roku 2000?
Tony: O, tak, wykorzystałem jeden riff z tej sesji, choć go troszkę zmieniłem…
Glenn: Nie potrafię sobie przypomnieć żadnych utworów, które pozostałyby po tej sesji. Tony przychodził wprawdzie do mnie z milionem riffów, ale wszystko, co zostało nagrane znajduje się na płycie. Tak mi się wydaje.
Chcecie nagrać wspólnie coś jeszcze w przyszłości?
Tony: Ja bardzo bym chciał powtórzyć współpracę. Rozmawialiśmy już o tym, o stworzeniu czegoś razem i nagraniu nowego albumu… Naprawdę chciałbym żeby do tego doszło. Byłoby to kolejne ciekawe, interesujące doświadczenie…
Glenn: Powiem po prostu – mamy z Tonym jeszcze trochę do zrobienia.
Planujecie jakieś koncerty – pełną trasę, kilka występów lub choćby jednorazowy show?
Tony: Na razie nie mamy żadnych planów z powodu trasy, którą aktualnie miałem na głowie, ale być może za miesiąc spotkamy się w Anglii i… zobaczymy co z tego wyniknie.
Glenn: Dla każdego z nas była to świetna zabawa, kawał dobrej roboty. Jesteśmy przyjaciółmi i naprawdę bardzo się lubimy. Zobaczymy, co stanie się w przyszłości…
I na koniec – chcecie jeszcze coś dodać?
Tony: Jestem szczęśliwy, że pracowaliśmy razem – Glenn to cholernie dobry wokalista. Miło byłoby spotkać się kiedyś raz jeszcze nad wspólnym projektem…
15 października 2001, Maciej Rychlicki
"Ozzy: Marzy mi się śmierć na scenie"
"Geniusz, szaleniec, błazen, satanista, skandalista - to tylko niektóre określenia używane pod adresem Ozzy'ego Osbourne'a. Artysta przez przeszło 30 lat swojej kariery, zarówno solowej jak i tej z zespołem Black Sabbath, zasłużył sobie w pełni na większość z nich. Jego bytność na rockowej scenie obfitowała w monumentalne sukcesy, które przejawiają się w liczbie kilkudziesięciu milionów egzemplarzy sprzedanych tytułów solowych, jak i upadki na samo dno, gdy uzależnił się od alkoholu i narkotyków i omal przez to nie udusił kiedyś swojej żony Sharon. Dziś Ozzy i Sharon to szanowani biznesmeni muzyczni, prowadzący wytwórnie płytową oraz organizujący rokrocznie trasę "Ozzfest". Na szczęście wokalista nie zatracił się zupełnie na robieniu pieniędzy. Dowodem na to jest pierwsza od kilku lat studyjna płyta Osbourne'a wymownie nazwana "Down To Earth"."
(Rychlicki)Przy pierwszym kontakcie z twoją nowa płyta można doznać lekkiego szoku. Rentgenowskie zdjęcie ukrzyżowanego Ozzy'ego...
(Ozzy)To miał być ukrzyżowany kosmita, widocznie nie wyszło.
Czy doszukiwać się za taką okładką jakiejś filozofii?
Nie, to o prostu zwykła okładka albumu. Szukaliśmy czegoś naprawdę dziwnego i wybraliśmy to zdjęcie. Nie niesie ze sobą żadnych głębszych przesłań czy przemyśleń...
Ale tytuł płyty ma w sobie wyraz "Earth..."
... i jest to jednocześnie pierwsza mojego zespołu, zanim jeszcze wymyśliliśmy Black Sabbath. Tak, to prawda, ale uprzedzając twoje pytanie - to zwykły zbieg okoliczności. Można naliczyć już całkiem sporo wyrazów, które wypowiedziałem w przeszłości i to że sam użyję ich teraz, wcale nie musi świadczyć o jakimś wpływie tamtych czasów na moją obecną twórczość.
A "Down To Earth" nie jest w żadnym stopniu "powrotem do korzeni"?
Może w minimalnym stopniu...
Krążą plotki o tym, że w przyszłym roku pojawi się nowa płyta Black Sabbath. Możesz to jakoś skomentować?
O, to jeszcze bardzo dalekie plany. W tym momencie jesteśmy na etapie wstępnej selekcji piosenek, które chcemy wspólnie nagrać ale wcale nie mamy pewności, czy w ogóle wejdziemy do studia. Sam widzisz, że jest jeszcze zbyt wcześnie , żeby coś mówić o reaktywacji Black Sabbath. Zdradzę tylko, że pracujemy w oryginalnym składzie z 1978 roku.
Twoja nowa płyta "Down To Earth" nie przynosi specjalnych rewolucji brzmieniowych, podczas gdy na płycie z trasy koncertowej Ozzfest 2001 promujesz wiele grup grających tzw. new metal - Slipknot, Papa Roach, Linkin Park. Nie kusiło cię poeksperymentować z brzmieniem?
W żadnym wypadku! W końcu to ja nazywam się Ozzy, ja jestem przykładem dla nich, a nie oni dla mnie.
Ale to mogła by być całkiem ciekawa przygoda...
Wiedz, że prawdziwy Ozzy nigdy by sobie na coś takiego nie pozwolił. Nie tego oczekują ode mnie fani.
Często do pracy nad płytą zapraszasz wielu swoich sławnych znajomych. Na przykład Lemmy'ego z Motörhead...
Jeżeli chodzi o moich "sławnych znajomych", to raczej nie proszę ich o pomoc w nagrywaniu swoich płyt. Lemmy jest moim bliskim kumplem, często się spotykamy, ale jak ognia unikamy rozmowy o sprawach zawodowych. Taki już jestem, jeżeli decyduję się coś firmować moim nazwiskiem, to chcę, żeby było to tylko moje dzieło. Inna sprawa to gitarzyści, z którymi pracuje od lat - Zakk Wylde, Jon Sinclair, Robert Trujillo czy Mike Bordin - oprócz pracy w studio, zamierzam wyruszyć z nimi na trasę.
Pamiętasz, jak długo trwało nagrywanie "Down To Earth"?
Razem z producentem tej płyty, Timem Palmerem, rozpoczęliśmy pierwsze nagrania już jakieś dwa lata temu. Wcale nie znaczy to, że tyle czasu nad nią pracowaliśmy. Po prostu było wiele innych zobowiązań, które musiałem przez ten czas wypełnić - co roku gram przecież np. na Ozzfest. Ten i inne koncerty spowodowały, że najdłuższa przerwa w pracy nad płytą trwała ponad rok. Mimo iż pierwsze szkice powstały już dwa lata temu, nagranie całego albumu, nie zajęło nam w sumie więcej niż sześć miesięcy.
Porozmawiajmy teraz o dwóch szczególnych utworach na tej płycie. Pierwszy to "Dreamer" - utwór kojarzący mi się z "Imagine" Johna Lennona.
Naprawdę? Przyjmuję to jako komplement.
To kolejny dowód twojej fascynacji Beatlesami?
Nigdy nie miałem zamiaru napisać czegoś, co mogłoby się równać z tą piosenką. To, że ktoś widzi w utworze "Dreamer" jakieś podobieństwo do "Imagine" to czysty przypadek. Któregoś dnia siedziałem, pisałem nowe kompozycje i ten kawałek po prostu na mnie "spłynął", nawet nie musiałem go długo poprawiać. To prawda, że jeżeli czymś się bardzo fascynujesz, to w którymś momencie muszą być tego efekty w twojej pracy. To nieuniknione. Ale brzmieć jak John Lenon? Nie, to nigdy nie było moim celem. Zawsze jestem i będę Ozzy Osbourne?em!
Drugi utwór to jednominutowa kompozycja "You Know". Z tego co słyszałem, powstała z myślą o twoich dzieciach?
To bardzo osobisty utwór, nie chcę się wdawać w szczegóły o czym tak na prawdę opowiada. Od strony muzycznej jest jednak miniaturą, takim smaczkiem urozmaicającym album.
Jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia zamierzasz wyruszyć w trasę "Merry Mayhem Tour".
Tak, jeszcze do niedawna miała się ona nazywać "Black Christmas Tour", ale po wszystkim, co się dzieje tu, w Ameryce, nazwa ta zaczęła nawet dla mnie brzmieć trochę niestosownie. Teraz jest bardziej neutralnie. Zagram razem z Robem Zombie, a w roli supporta wystąpi grupa Mudvayne.
Czy z tej trasy też powstanie płyta live? Nagrania kolęd w metalowych wersjach nie podjął się chyba jeszcze nikt!
(śmiech) Tak, to jest pomysł! Ale poważnie: nie ma jeszcze planów wydawania płyty z tej trasy. Na razie wydałem własną płytę i chce ją jak najlepiej wypromować. A, przyznaj sam, co mogą mnie obchodzić jakieś pieprzone święta (śmiech)?!
Po ostatniej wielkiej trasie koncertowej "No More Tours" oświadczyłeś, że koniec z koncertowaniem. A tymczasem...
To nieprawda! Po każdej trasie można czuć znudzenie i zmęczenie. Kilka miesięcy w podróży, występy prawie co noc - to potrafi wykończyć nawet takiego wyjadacza koncertowego, jak ja. Ale po jakimś czasie siedzenia w domu i zajmowania się czymś innym, zwyczajnie zaczyna mi się nudzić. Nie wiem jak długo będę w stanie grać, ale powiem ci jedno - marzy mi się śmierć na scenie.
8 listopada 2000, Jarosław Szubrycht
"Dio: Trzeba słuchać ludzi"
"Ronnie James Dio to żywa legenda hard rocka i heavy metalu. Niewielki człowiek o wielkim głosie, znanym z wydawnictw takich gigantów jak Black Sabbath, Rainbow, DIO i wielu, wielu innych. Przed koncertem Deep Purple w Katowicach, którego gościem specjalnym był Ronnie, z wokalistą rozmawiał Jarosław Szubrycht."
(Szubrycht) Jak doszło do tego, że ruszyłeś na trasę z Deep Purple?
(Dio) Zaczęło się od dwóch koncertów w Royal Albert Hall w ubiegłym roku, nic innego przez długi czas nie wchodziło w rachubę. Zgodziłem się zaśpiewać na prośbę Rogera Glovera. Ideą koncertu w Royal Albert Hall było przedstawienie przez każdego członka Deep Purple dwóch utworów ze swojej solowej kariery i Roger wybrał „The Butterfly Ball”, płytę na której śpiewałem. Potem poprosili mnie, żebym pojechał z nimi na osiem tygodni, na trasę po Ameryce Południowej i Europie... Długo się zastanawiałem, czy to w ogóle ma sens, wyjść na scenę tylko po to, by zaśpiewać cztery utwory, potem czekać za kulisami półtorej godziny i znowu pojawić się na jedną zwrotkę „Smoke On The Water”. Nie jestem do tego przyzwyczajony. Zwykle śpiewam dwie godziny i wiem, kiedy koncert się rozpoczyna, kiedy ma swój punkt kulminacyjny, a kiedy się kończy. Tymczasem okazało się, że ta trasa była bardzo wyjątkowym wydarzeniem w moim życiu. Cieszę się, że już się kończy, ale jeszcze bardziej cieszę się, że jednak się na nią zdecydowałem. Znowu zbliżyłem się do przyjaciół, z którym nie widziałem się przez całe lata. Od strony muzycznej jestem więc w pełni usatysfakcjonowany, ale od strony osobistej – wręcz zachwycony!
Pewnie już nigdy nie będzie okazji do zaśpiewania utworów z „The Butterfly Ball”...
Poza koncertem w Katowicach zaśpiewam je jeszcze tylko jeden, jedyny raz – w Nowym Jorku. Nie myśl jednak, że śpiewam je z niechęcią. Prawda jest taka, że uwielbiam te utwory, chociażby dlatego, że tak bardzo różnią się od muzyki, którą wykonuję na co dzień. Jednak dobra muzyka zawsze będzie dobrą muzyką. I chociaż wygląda na to, że po zakończeniu tej trasy nie będzie już okazji, by je zaśpiewać, nie powiem, że nie zrobię tego nigdy. Nigdy nie mów nigdy!
Na koncercie wykonujesz jeden utwór z nowej płyty DIO „Magica”. Mam nadzieję, że na tym nie skończy się europejska promocja tego wydawnictwa?
Nie, mam nadzieję, że nie. Wczoraj ktoś poznał mnie z polskim organizatorem koncertu Deep Purple i omawialiśmy już ewentualne warunki przyjazdu DIO. Bardzo możliwe, że zjawimy się tutaj w lutym, bowiem gramy wtedy w Rosji i moglibyśmy wpaść po drodze do Polski, Czech, Rumunii, na Węgry...
Słyszałem, że próbowałeś ubrać Paula Manna w strój pszczoły. Zgodził się?
Jasne, że tak. Widziałeś Paula? Wygląda dokładnie jak John Belushi! Pewnego wieczoru na trasie postanowiłem po wejściu na scenę sprezentować mu małą pszczółkę, taką z kiwającymi się czułkami. Następnego dnia dałem mu większą pszczołę, kolejnego jeszcze większą... Wszyscy mieliśmy wielki ubaw z tego powodu, to było naprawdę śmieszne! Ale w końcu zabrakło pszczół, więc kupiłem mu kapelusz i czarne okulary, dzięki czemu wygląda jakby wyskoczył z planu „Blues Brothers”. W takim stroju wykonujemy piosenkę „Soulman”, ale zamiast oryginalnego tekstu śpiewamy „Paul-man”. Jest cudownie! Paul to naprawdę wspaniały człowiek, cieszę się, że miałem okazję go poznać i również dzięki niemu tak dobrze się czuję na tej trasie. Wiesz, że Paul będąc jeszcze bardzo młodym chłopcem był fanem DIO i Deep Purple? Okazało się, że pierwszy autograf w swoim życiu dostał ode mnie. To niesamowite, że trafił nam się człowiek który jest tak wspaniałym muzykiem i tak wspaniałym człowiekiem, o czym świadczy chociażby to, że potrafi śmiać się z samego siebie. Chciałem dzisiejszy koncert również zakończyć jakimś dowcipem, ale pomyślałem sobie, że mogłoby to być niegrzeczne w stosunku do Johna Lorda, bo dzisiaj prawdopodobnie „Concerto For Group And Orchestra” zostanie wykonane po raz ostatni. Ma jednak nadzieję, że Paul ubierze kapelusz. Od razu poczuję się lepiej.
Czy istnieją jakieś różnice techniczne w śpiewaniu z towarzyszeniem zespołu rockowego i orkiestry?
Tak. Najważniejsza polega na tym, że orkiestra gra poza rytmem, gra tak, jak kieruje nimi dyrygent. To jest podstawowy problem i chylę czoła przez Ianem Paicem, że potrafi sobie z tym poradzić i nie pogubi się ani razu. Naprawdę duża jest różnica pomiędzy akompaniamentem rockowym i orkiestrą, ale warto się trochę pomęczyć. Kiedy usłyszysz przepiękny początek „Perfect Strangers” z towarzyszeniem filharmoników, kiedy usłyszysz „Smoke On The Water”, zrozumiesz że warto było na chwilę utrudnić sobie życie.
Nie kusi cię, żeby zagrać kiedyś numery DIO z towarzyszeniem orkiestry?
Prawdę mówiąc nie. W przypadku Deep Purple taka trasa sprawdziła się tylko dlatego, że John skomponował „Concerto For Group And Orchestra”, utwór przeznaczony zarówno dla składu rockowego, jak i orkiestry. Nigdy natomiast nie miałem poczucia, że moje utwory powinny być zaprezentowane w ten sposób. Dobrze się czuję w zespole pięcioosobowym, kiedy te wszystkie dodatkowe orkiestracje bierze na siebie klawiszowiec. To wystarczy. Dlatego nie podoba mi się to, co zrobiła Metallica, ani to co zrobili Scorpions. Nagrali stary materiał dodając partie orkiestry... Dla mnie to wygląda na poważny kryzys twórczy. To co zrobili to po prostu pójście po najmniejszej linii oporu - „Użyjmy orkiestry! Zabrzmi fajnie, a nie trzeba będzie niczego komponować”. Nie mam na to czasu. To tylko wymówka od braku pomysłów na nowe kompozycje. Wyjątkiem jest tylko Deep Purple. Być może przy słuchaniu „Magica” myśli się, że niektóre rzeczy dobrze zabrzmiałyby z orkiestrą, ale zapewniam cię, że klawisze radzą sobie z tym na koncertach doskonale.
Wspomniałeś o nowej płycie. Wydaje mi się, że „Magica” przypadła do gustu szczególnie starszym fanom DIO?
Stało się tak, bo to rzeczywiście jest płyta, która nawiązuje do czasów „Holy Diver” i „The Last In Line”. Nie tylko pod względem muzycznym, ale przede wszystkim dlatego, że jest równie wyjątkowa. „Magica” to album, którego domagali się ode mnie wszyscy fani DIO. Wiesz, dobrze grało mi się z Tracym G., ale przez pięć lat niemal po każdym koncercie przychodzili do mnie ludzie i wciskali mi kasety demo z nagraniami jakichś zaprzyjaźnionych gitarzystów. Pytałem więc dlaczego mi to dają, a oni na to - „Dlatego, że masz słabego gitarzystę!”. To nie była prawda, Tracy G. był wspaniałym gitarzystą, ale rzeczywiście nieodpowiednim gitarzystą dla tego zespołu. Wysłuchiwałem więc przez pięć lat od fanów, że potrzebuję innego wioślarza. W końcu ich posłuchałem i zaprosiłem znów do współpracy Craiga Goldiego. W tym samym czasie do zespołu wrócił również Jimmy Bain i właśnie dlatego „Magica” mogła powstać. Teraz już wiem, że trzeba słuchać tego, co ludzie do ciebie mówią. Daliśmy im album o który prosili i jego sukces świadczy o tym, że było warto.
Czy tytuł płyty ma jakieś szczególne znaczenie?
Nie, nic takiego. Nawet nie wiedziałem, że w większości krajów łacińskich w normalnym języku istnieje słowo „magica”. Mnie przede wszystkim urzekło jego brzmienie, które kojarzy się tak bardzo z baśniowym światem. Podoba mi się jak śpiewnie to słowo się wymawia... Prawdę mówiąc, problem pojawił się, kiedy do gotowego tytułu musiałem dopisać teksty. Na początku myślałem, że będą opowiadać o kamiennych statuach. Pewnego dnia jeden z posągów ożywa i staje się człowiekiem z krwi i kości. Stał u wejścia jakiegoś ważnego budynku przez setki lat i widział te wszystkie mijające wieki, ale nie doświadczył dotąd tego, co dla nas jest powszechne - smaku, dotyku, miłości... Co teraz czuje? Jak postrzega nasz świat? Wydaje mi się, że to mógłby być ciekawy temat. Pewnego dnia jednak, podczas pracy nad tekstami, wymyśliłem prastarą księgę, zatytułowaną „Magica”, pełną pradawnych zaklęć. I to ostatecznie stało się punktem wyjścia tekstów, które trafiły na płytę. Jednak pomysł ze statuami ciągle mi się podoba i na pewno kiedyś do niego wrócę.
Po powrocie do Stanów ruszasz na trasę koncertową u boku Yngwie Malmsteena i Doro. W wywiadach odgrażałeś się, że przygotowujesz naprawdę wyjątkowy show. To prawda?
Bardzo chciałbym to zrobić, marzę o tym, żeby na moich koncertach znów pojawił się smok albo piramidy. Niestety, muzyka hardrockowa i metalowa nie radzi sobie dzisiaj zbyt dobrze, szzcególnie w Ameryce. No, może od roku lub dwóch jest coraz lepiej i możemy grać koncerty w większych salach bez perspektywy pójścia z torbami, ale daleko jeszcze do pozycji, którą miała ta muzyka w latach 80. Największe sale koncertowe są wciąż przed nami zamknięte. W pierwszej połowie lat 80. zarabialiśmy mnóstwo pieniędzy i mogliśmy inwestować je w zespół, we wspaniałą scenografię koncertów. Dzisiaj nie mam już 21 lat i moja kariera nigdy już nie powróci do dawnej świetności. Muszę chyba powoli myśleć o emeryturze i część z zarobionych pieniędzy odkładać sobie na czarną godzinę... Może wciąż Iron Maiden stać na spektakularne koncerty, szczególnie po zainteresowaniu, jakie wzbudził powrót Dickinsona. Może podobne tłumy przyciągnie Judas Priest, kiedy - jeśli w ogóle - powróci do nich Rob Halford. Dla pozostałych zespołów jest to jednak poziom nieosiągalny. Nie ma jednak powodów do rozpaczy. Zamiast szokującej scenografii zabieramy na trasę Yngwie i Doro, a to chyba jest coś!
Wkrótce ukaże się album „The Best of DIO”...
Tytuł będzie brzmiał „The Very Beast Of DIO”, taka gra słów... Prawdę mówiąc, nie był to mój pomysł. Pewnego dnia zadzwonił człowiek z wytwórni i zapytał, co myślę o składance z moimi najlepszymi numerami. „Czy mam jakiś wybór?” - spytałem. Nie miałem, więc pomyślałem, że lepiej będzie współpracować, wtedy może uda się zrobić coś fajnego. Pozwolili nam umieścić we wkładce zdjęcia, których jeszcze nikt nie widział, pozwolili wybrać niektóre utwory. Nie mam nic przeciwko ukazaniu się tej płyty, ale przyznam, że dużo bardziej podoba mi się album hołdzie DIO, który niedawno został nagrany. Nie spodziewałem się, że spotka mnie w życiu coś tak niesamowitego, że pokłonią mi się z szacunkiem tacy ludzie jak Doro, która nagrała wspaniałą wersję utworu „Egypt”, również Hammerfall pokazali co potrafią! Najbardziej podoba mi się jednak wersja „Temple Of The King” w wykonaniu Angel Dust. Słuchanie tej płyty dało mi prawdziwą satysfakcję, kompilacja „Best Of...” nie wzbudza już takich emocji. Już lepiej byłoby gdyby była zrobiona tak, jak robią to Japończycy, żeby widać było, że to naprawdę wyjątkowe wydawnictwo.
I co za tym idzie, żeby znalazły się na niej jakieś rzadkie, interesujące nagrania, bo materiał z „The Very Beast Of DIO” wszyscy twoi fani mają już na płytach.
Prawda jest taka, że DIO nigdy nie miało archiwów z niepublikowanymi nagraniami. Zawsze uważałem, że każdy dobry utwór, który napisaliśmy, powinien znaleźć się na płycie. Nie wierzę muzykom, którzy mówią - „Mam 30 piosenek, z czego 20 odłożę sobie na później!”. Nie mają 30... Mają może dwa lub trzy dobre utwory i całą resztę gówna. Nie można na okrągło komponować samych rewelacyjnych rzeczy. Dlatego nie mamy nic, co można byłoby dołożyć do tej płyty. Jeżeli ktoś jest rozczarowany, proszę winić wytwórnię - to był ich pomysł. Na pocieszenie dodam, że wersja DVD „The Very Beast Of DIO” będzie znacznie bogatsza od płyty. Znajda się na niej m.in. te utwory, które wykonuję na tej trasie z Deep Purple.
Jako że „Heaven & Hell” jest płytą od której zacząłem słuchać heavy metalu, bardzo chciałbym wiedzieć, jak wspominasz tamten czas?
Kiedy ludzie pytają, który moment mojej kariery wspominam najlepiej, jaka jest moja ulubiona płyta, odpowiedź brzmi zawsze - „Heaven & Hell”. Zauważ, że Black Sabbath w pewnym momencie zniknęli ze sceny, a trzy płyty, które nagrali przed „Heaven & Hell” przeszły zupełnie bez echa. Myśleli już o rozwiązaniu zespołu, kiedy zadzwonił do mnie Tony Iommi, który dowiedział się, że nie śpiewam już w Rainbow. Wpadłem więc do Black Sabbath na próbę, poznałem się z chłopakami... i po pięciu minutach utwór „Children Of The Sea” był gotowy. Postanowiliśmy więc pociągnąć Sabbath razem. Bardzo się cieszę, że byłem współautorem ponownego sukcesu Black Sabbath, że mogłem wtedy z nimi współpracować. W końcu to właśnie ten zespół wymyślił heavy metal! „Iron Man”, „Paranoid”, „Symptom Of The Universe” - to były pierwsze heavymetalowe utwory w historii muzyki. Cieszę się więc, ze mogłem im pomóc i chyba Black Sabbath z moim udziałem stał się zespołem bardziej szanowanym w muzycznym światku, szczególnie Tony Iommi zyskał na notowaniach. Stało się tak dlatego, że po prostu jestem lepszym muzykiem niż Ozzy i mogłem służyć chłopakom wieloma wskazówkami, dzięki którym mogli się rozwijać. Ale „Heaven & Hell” jest wyjątkową płytą również dlatego, że podczas jej nagrywania mieliśmy mnóstwo problemów. Nagrywaliśmy ją półtora roku - zaczęliśmy w Los Angeles, potem przenieśliśmy się do studia w Miami, potem do Francji, potem do Jersey... Nie było łatwo, tym bardziej, że ludzie przestali już wierzyć w Black Sabbath. Na szczęście wierzyła w nas wytwórnia i mogliśmy osiągnąć tak wspaniały sukces, tym wspanialszy, że okupiony ciężką pracą.
A jednak po paru latach coś między wami zaczęło się psuć. Rozstałeś się z Black Sabbath w niezbyt przyjaznej atmosferze...
Rozstałem się? (śmiech) To fajnie, że jesteś taki delikatny, ale prawdę mówiąc wywalili mnie z hukiem. Pracowaliśmy wówczas nad płytą „Live Evil” i wydaje mi się, że niektórzy muzycy Black Sabbath wrąbali się wtedy w bardzo niedobre narkotyki. Do tego mieliśmy inżyniera dźwięku, który obowiązkowo codziennie wypijał wielką butlę Jacka Danielsa. Pamiętam, że przez kilka dni do studia przychodziłem tylko ja i Vinny Appice, a reszta zespołu nie pojawiała się w ogóle. Postanowiliśmy więc przesłuchać tego, co nagraliśmy. Nie miksowalismy płyty, czekaliśmy z tym na resztę, ale po prostu uważne słuchaliśmy, jak nagrany jest każdy instrument. Kiedy w końcu Tony i Geezer pojawili się w studiu, nas już tam nie było, a ten pijaczyna inżynier dźwięku opowiedział im, że miksowaliśmy album - ściszyliśmy partie gitary i basu, a wysunęliśmy wokal i perkusję. Oczywiście uwierzyli w te bzdury, chociaż gdyby przesłuchali którąkolwiek z moich płyt, zdaliby sobie sprawę, że ja raczej wolę chować wokal pomiędzy instrumenty, niż zanadto go eksponować. Ale uwierzyli temu dupkowi, bo przez ćpanie jakiegoś świństwa byli wtedy nie mniejszymi dupkami. Vinnie i ja zostaliśmy wydaleni z Black Sabbath. Na ich własne nieszczęście, bo zaraz potem napisaliśmy „Holy Diver” i „The Last In Line”, płyty które mogłyby być płytami Black Sabbath...
Dałeś im później jeszcze jedną szansę.
Dwanaście lat później bardzo przepraszali mnie za to, co zaszło podczas pracy nad „Live Evil” - „Tak bardzo nam przykro, nigdy nie powinniśmy słuchać tego pijanego głupka...” No tak, wiedziałem, że jest im przykro, bo ich kariera znowu znalazła się na równi pochyłej i szybko staczała się w dół. Znowu potrzebowali mojej pomocy. Stwierdzili, że zasługują na to, żebym nagrał z nimi choćby jeszcze jeden album. Tak się też stało - nagraliśmy „Dehumanizer”, który do dziś uważam za jeden najlepszych albumów w dyskografii Black Sabath i wielu ludzi podziela moją opinię. Niestety wkrótce na horyzoncie pojawiły się nowe kłopoty. Black Sabbath to tacy ludzie, którzy jeśli nie ma żadnych problemów, zrobią wszystko, by je stworzyć. Porzuciłem DIO i ruszyłem na trasę z nimi. Zagraliśmy tournee po Europie i byliśmy właśnie w trakcie amerykańskiej trasy, którą miał zakończyć koncert w Los Angeles z Testament lub Prong w roli supportu. Jednak pewnego dnia przychodzi do mnie Tony i mówi: „Nie gramy tego koncertu, zagramy inny, przed Ozzym”. Ja mówię na to: „Powodzenia... bo ja tego nie zrobię! Czy nie pamiętasz już Tony, co ten człowiek ci zrobił? Nie pamiętasz, że publicznie wyzywał cię od pedałów? Nie pamiętasz, że nawał cię debilem? Chcesz otwierać jego solowy koncert z Black Sabbath? Ja tego nie zrobię, bo jestem zbyt dumny z siebie i z tego zespołu, bo o mnie Ozzy też nie wyrażał się zbyt przyjaźnie! Jeżeli zagramy ten koncert, wiem co się stanie - ogłosisz, że będzie powrót Black Sabbath w starym składzie!”. Tony oczywiście zaklinał się na wszystkie świętości, że tak się nie stanie, że chce zagrać przed Ozzym, bo to dobre dla zespołu - co było oczywiście bzdurą. Dokończyliśmy jednak amerykańską trasę w spokoju i dopiero tydzień przed koncertem w Los Angeles Tony przyszedł do mnie ponownie, pytając czy tamto mówiłem poważnie. Oczywiście, że mówiłem poważnie, z takich rzeczy się nie żartuje! Wtedy przestraszyli się i zaczęli szukać szybko innego wokalisty. Znaleźli Roba Halforda. Rob, mój serdeczny przyjaciel, zadzwonił do mnie natychmiast i powiedział, że nie zaśpiewa, jeśli ja będę miał coś przeciwko temu. Oczywiście nie miałem nic przeciwko temu, bo nie chodziło przecież o Roba, tylko o nich... Ostatni koncert przed Los Angeles zagraliśmy w San Francisco. Po koncercie okazało się nagle, że wszyscy zapakowali się w samochody i pojechali nie mówiąc ani słowa, zostawili mnie samego w klubie. Zagrali te dwa koncerty z Robem i kilka dni później ogłosili... powrót Black Sabbath w starym składzie, z Ozzym na wokalu! Znowu miałem rację. Niestety, zawsze mam rację w takich sprawach... Od tamtego czasu mój kontakt z Tonym jest bardzo sporadyczny, w ogóle nie utrzymuję kontaktów z Geezerem, ale kiedy widzimy się na jakichś imprezach, jesteśmy dla siebie mili. Nie zależy mi na podtrzymywaniu kłótni i tego typu sprawach, a mówię ci to wszystko, bo to po prostu prawda. Zachowali się głupio, ale mam nadzieję, że dla własnego dobra już więcej tak się zachowywać nie będą. Tym bardziej, że prawdopodobnie nie będzie już nigdy powrotu Black Sabbath, bo Tony nie ma już nawet praw do nazwy i nie może po raz kolejny wrócić z Tonym Martinem w składzie. Wierzę natomiast, że Tony jeszcze nie raz zagra z Ozzym, bo pieniądze były zawsze najlepszą motywacją do działania dla tego zespołu i niewiele się w tej materii zmieniło. Chciałbym jednak mimo wszystko myśleć o nich jak o przyjaciołach, szczególnie o Tonym, bo to wspaniały facet i łączą nas również cudowne wspomnienia.
Dłoń zaciśnięta w pięść, poza placem wskazującym i małym, które sterczą niczym różki diabła... Czy to prawda, że ty jesteś autorem tego znaku, którym od lat posługują się metalowcy na całym świecie?
No cóż, nie ja go wymyśliłem. Tak naprawdę gest ten związany jest z bardzo starym włoskim przesądem. Kiedy byłem dzieciakiem i szedłem z babcią ulicą, zawsze pokazywała ten znak, kiedy uznała, że ktoś popatrzył na nas złym wzrokiem. W ten sposób odganiała nieprzychylne moce... Kiedy doszedłem do Black Sabbath, nikt jeszcze tego znaku nie używał. Ozzy pokazywał zawsze „V”, znak zwycięstwa. Może zdawało mu się, że jest prezydentem Nixonem? (śmiech) Ja nigdy nie myślałem, że jestem prezydentem, a skoro Black Sabbath był tak mrocznym zespołem, postanowiłem zrobić coś bardziej kojarzącego się ze złem. Zacząłem więc na fotografiach pokazywać znak mojej babci i wszyscy to kupili. Niestety, teraz w Stanach Zjednoczonych dzieciaki nie kojarzą tego z metalem, ale pokazują ten sam gest nawet na koncertach Britney Spears i Backstreet Boys. Biedactwa, nie wiedzą co robią...








